Gotowanie po nocy rosołu zalicza się do czynności lekko abstrakcyjnych. Zwłaszcza w domu rodzicieli. Kiedy człowiek gania co jakiś czas na dół z paniką kołaczącą się gdzieś po zakamarkach świadomości, bo się pewnie coś wygotowało/pali/zapanowała ogólna katastrofa kuchenna. Człapie się ów biedny człowiek potem z powrotem na górę, do komputera, a psy zamknięte w kuchni rozpoczynają koncert na 3 głosy i wyją "zabierz mnie na górę, przecież zawsze brałaś do łóżka, popatrz, jak zimno na dworze, chcę się przytulić". Cóż- ja też chętnie bym się do ciepłego psiego ciałka przytuliła, z braku posiadania na miejscu lepszych odpowiedników w formie męskiej i zdecydowanie mniej włochatej. Problem stanowi jednakowoż to, że 2/3 dostały cieczki i również 2/3 wytarzały się w kupsku i śmierdzą, co wyklucza obecność którejkolwiek z psic w pościeli. Doszedłwszy na górę przypominam sobie, że przecież chciałam zapalić. Rodzice nie palą, dym im śmierdzi. Dostałam w drodze łaski (bo za zimno, żeby palić na tarasie) pozwolenie na palenie w kotłowni, dwa piętra niżej. Schodzę na upragnioną fajkę. Papierosa owszem wzięłam. Zapomniałam zapalniczki. Nerwowe poszukiwania wykazują jej obecność w spodniach rzuconych na strychu. Obowiązkowy dymek odbębniony. Sięgam po wodę i trafiam na pustą butelkę. I znów galopada do piwnicy. Chwilę później okazuje się, że psy chcą na dwór. Przy wypuszczaniu zwierzyny łownej orientuję się, że nie zapaliłam świateł na zewnątrz domu. Kolejna wycieczka, tym razem do garażu.
Posiadanie malutkiej kawalerki, gdzie wszystko jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, jest jednak cudowną sprawą ;)
Seramiś: Jestem pijakiem entuzjastycznym- entuzjastycznie podchodzę do alkoholu.
Filet: Maxiu, wyglądasz śmiesznie z każdej perespektywy, ale z tej bardziej.
Max: Chodź tu! Chodź tu! No mówię, chodź tu! Cholerne jedzenie mi ucieka...
Tramwaj: Dzień bez cycków, dniem straconym!
Max: Te grzybki co czasem rosną na torach to Tramwajniki Pospolite...
Filet: Chodź Tramwajowi szyny usuniemy.
Ja: Ale jemu już się "wygły". Może mu pantografy usunąć?
Filet (ze świętym oburzeniem): Ooo NIE! Do jego pantografu to ja się nie będę dotykać!
Wspomnieć chyba powinnam o tym, że przeprowadzony niechcący eksperyment w czasie naszego wyjazdu w góry przyniósł następujące wnioski: osa jest cholernie żywotnym bydlęciem i potrafi przeżyć 3 dni w torebce foliowej wypełnionej fasolką szparagową. W trakcie obierania warzywek skróciliśmy męki zwierzątka, które już ledwo ruszało odnóżami. W każdym bądź razie zdychało dość długo i przypuszczalnie boleśnie.
Ból. Dla wielu ludzi jest on z pewnością czymś, czego starają się unikać, jako doświadczenia nieprzyjemnego. Innym potrafi przynieść swoistą satysfakcję i wypływające z niej zadowolenie, jeśli nawet nie rozkosz. W pewnych sytuacjach bywa nawet wskazany. W rozsądnych granicach dopuszczonych przez daną jednostkę. Inna rzecz, że te granice zawsze można przesuwać, z ciekawości, z chęci doświadczenia tego "poza", które przesuwa się wraz z odepchniętą właśnie granicą.
Tak samo, ma się rzecz ze zniewoleniem. U Niej. U mnie. We mnie.
Drobne radości stanowiące o pełnym, słodko-gorzkim smaku życia, o obrazach malowanych pod zamkniętymi powiekami krwistymi plamkami bólu. Coś skomli "starczy, za mocno", ta druga część krzyczy o jeszcze. Malowane w ten sposób obrazy są pełne sprzeczności, które uzupełniają się wzajemnie i tworzą całość przesyconą szczęściem i spokojem.
(Zdjęcie rysunku wykonanego tuszem, jakoż scannerem nie dysponuję.)
Światła gasną powoli w oknach na przeciwko. Mimo to jest jasno. Wciąż zbyt jasno. Brakuje mi tej kompletnej ciemności, którą mieliśmy w górach i lasu trzy kroki od domu. Nieustający łoskot przejeżdżających samochodów. Poszukuję w nim ciszy przecinanej muzyką świerszczy i szelestem liści, wywołanym przez lisa przedziarajacego się przez krzaki. I złotego, albo krwawego księżyca, który był tam, tuż na wyciągnięcie ręki. Zgniatam w dłoniach paczkę fajek i odruchowo rozglądam się za koszem na drewno, do którego wrzuciłabym ją, by móc następnego dnia rozpalić przy jej pomocy ogień.
A ostatnio i tak wolę coś narysować, "podłubać" w jakimś programie graficznym niż pisać.
* Ciepły chleb od gospodyni jest "najlepsiejszą" rzeczą na świecie.
* Jeszcze ciepłe mleko prosto od krowy takoż.
* "Karmić lisa to już jest granda."
* ja: "Chodź na grzyby"
Max: "Szkoda takiej pięknej pogody na grzyby"...
...po czym zaszył się w domku i zasiadł przy playu.
* Poszukiwania sfochowanego Wyblaka o 3 w nocy w dzikich chaszczach i ostępach z całą pewnością jest rozrywką dostarczają niezapomnianych wrażeń jednostkom zainteresowanym.
Niestety oświadczenie o pełnoletności, poczytalności "et swetra", czyli materiał dowodowy własną ręką Wyblaka pisany poszedł z dymem. Taką pamiątkę niebacznie spaliliśmy...
* Budzenie przez ćwierćpodduszonego człowieka o 6 rano, bo ten zgubił inhalator przeciwastmatyczny, takoż jest niezapomnianym przeżyciem.
* Łażenie po górach z uszkodzonym kolanem powoduje rozruszanie kolana i zdechnięcie bólu w pobliskich krzakach.
* "Dziob i ko" - tekst wyjazdowy o wielorakim podtekście niosący ze sobą sugestię polowania przy pomocy oszczepu na zakupione specjalnie w tym celu kury nioski. Niestety zdolności manualne zainteresowanych polowaniem nie pozwoliły na wykonanie owego narzędzia zbrodni.
* "Nabrał wódy w usta." - rzekł Ryba pochłaniając Beherovkę.
* Rzeczka po czterech dniach deszczu staje się problemem nie do przebycia i oznacza odcięcie od cywilizacji.
* "Pasza!"- uniwersalne hasło ludzi śmiertelnie głodnych.
* "Poszukiwanie Jelenia" - komentator w trakcie meczu polskiej reprezentacji. Współczujemy Jeleniowi nazwiska.
* "Pasza, nawozy budowlane" - tablica w mijanej wsi. Co to są nawozy budowlane ^^' ?
* "Zdechł pies." - tekst o wilelorakim zastosowaniu, zwłaszcza podczas drogi powrotnej.
* Warszawa to wieś i w związku z tym płaci tylko 1zł za kibel za 3 osoby oraz nie tankuje powyżej 2,06 zł.